Setki blogów i forów oraz parę siwych kłaków temu.
Witajcie!
Nie wiedzieć czemu, ostatniego słonecznego wtorku w drodze do domu strzelił mi w okolicy kości ciemieniowej pod czaszką pomysł co by bloga wyskrobać. W sumie, dziwna sprawa. Ale jak teraz tak siedzę i myślę od czego by tu zacząć wszytko zaczyna się układać w miarę spójne zeznanie.
Gdzieś pomiędzy okresem kiedy z powalonych drzew formowały się pokłady węgla i po ziemi śmigały jaszczuropodobne "cosie" (notabene okres, jak mi się wydaje, doskonale pamiętany przez niektóre formy życia wydające pozwolenia, zaświadczenia i inne niezmiernie potrzebne papiery), a ostatnim wtorkiem, powstał pomysł "Zbudujmy coś, najlepiej dom, ale taki naj naj, wymarzony." No i się zaczeło. Najpierw nieśmiałe rozmowy. Potem delikatne googlowanie w poszukiwaniu projektu. Oglądanie prac innych z wypiekami na twarzy. I w końcu musiało do tego dojść. Całonocne czytanie blogów i forów, zarówno w pojedynkę jak i grupowo. Projekty wybierane po dwa, trzy, z katalogów, pism branżowych, czy po prostu z internetu. Jedyne co nas hamowało to prawo i pieniądze. W uniesieniu tym wystąpiliśmy o warunki zabudowy. I co? I nic. Proszę czekać, będzie decyzja! Proszę czekać, będzie decyzja! Faceci znają ten osobliwy ból zawodu, gdy w chwili gdy czują nagły przypływ "Neandertala" słyszą "nie dziś, głowa mnie boli". Takie mniej więcej miałem emocje, czekając trzy miesiące aż ktoś mi powie co mogę wybudować na swojej ziemi. To co otrzymałem w wyniku skomplikowanego urzędniczego procesu myślowego, najpierw rzuciło mnie o podłogę, potem odwróciło na plecy i spowodowało serię nie kontrolowanych salw śmiechu. Postanowiłem wrócić do jaskini biurokracji i zmierzyć się po raz kolejny w zapasach na argumenty i woń potu w nie klimatyzowanych pomieszczeniach. Po kilku pełniach księżyca mogłem zakrzyknąć "Viktoria!" W końcu ktoś mi powiedział co mogę wybudować. No to teraz razem z moją drugą połóweczką (która, jak mam nadzieje też będzie tu pisywać) udaliśmy się w podróż po internecie żeby ulżyć naszym kieszeniom i kupić za horendalną kwotę, jakiś wcześniej upatrzony projekt. Jeżeli pamięć mnie nie zawodzi miała to być Sasza II. Buszujemy po tym Internacie. Jedno łułułu, drugie łułułu a wszędzie drogo. I do dziś nie wiadomo jak zabłądziliśmy w okolice allegro. Saszy co prawda "niet" ale okiem łypnęła na nas "DIUNA". Wymiary atrakcyjne, nie ceni się drogo, zadbana może cieszyć oko. Więc czemu by nie zgrzeszyć. To były intensywne trzy godziny. Internet, telefon, maile. Przecież jakiś jajogłowy z Allegro wymyślił opcje "kup teraz", świetna sprawa, ale przez to w każdej chwili ktoś może nam naszą Diunę sprzątnąć sprzed nosa, a my musimy mieć pewność że wszystko jest oki. Przemyśleliśmy rozmieszczenie pomieszczeń, spodziewane koszty budowy, wygląd, u sprzedawcy i w biurze projektowym potwierdziłem oryginalność projektu. I dwa dni później, przyszła paczka. Dalsza część drogi ku "pierwszej łopacie" to z grubsza rzecz ujmując czekanie, a to na jakiś kwitek a to na kwitek do kwitka. Robotę trzeba szanować, więc większość z zasiadających w gmachach użyteczności publicznej, ceni sobie nad wszystkie pozostałe, produkty własnej drukarki i czas mierzony wypitymi filiżankami kawy. Skoro "święte papiery" były już gotowe, przyszła pora zaprzedać duszę u jakiegoś lichwiarza...
... ze względu na późną porę, mówię dobranoc i zapraszam ponownie jeżeli ktoś wytrwał do tej linijki tekstu...
Tak rosną DIUNY III w środowisku naturalnym:
Pozdrawiam :D
Komentarze